Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Droga do Kołobrzegu i... Czupurek.

czwartek, 23 lipca 2009 11:11




- Daleko pani jedzie?

Pytanie padło zza moich pleców, gdy ledwo wtaszczyłam swoją dość pokaźną walizkę do przedziału, pociągu relacji Warszawa - Kołobrzeg.

- Nie- odpowiedziałam krótko, łagodząc tą jawną odmowę lekkim uśmiechem.

- A to szkoda - dość wysoki mężczyzna, zdecydowanie po trzydziestce, ale, jak na mój gust, ze zbyt świdrującymi oczkami, szybko wycofał się w poszukiwaniu innej towarzyszki podróży.

Odetchnęłam z ulgą, bo już miałam czarne wizje, które w ułamkach milisekund zobrazowały mi zburzenie misternie ułożonego planu: kupić bilet w pierwszej klasie, bo mniej ludzi i cisza, spokój, tylko mijane krajobrazy za oknem, muzyka, książka...i tylko ja.

Nie mam aż takich natręctw, jak w „Dniu świra", ale mam takie drobne, małe - właśnie dotyczące jazdy pociągiem. Lubię, gdy jestem w przedziale sama, najlepiej wtedy blisko konduktorów, od lat mam nagraną muzykę na drogę, która ulega nieznacznym modyfikacjom. Czas podróży, to czas dla mnie, przeznaczony na obserwacje zza okna pędzącej kolei. Sprawy zwykłe urastają w mej głowie wtedy do wielkich, wartych zanotowania i przemyśleń.

Usiadłam, więc spokojnie, bo gdy pociąg ruszył, uznałam, że jestem bezpieczna.

„Nie chwal dnia..." - mawia pewne przysłowie.

Chyba zbyt przekonująca jednak nie byłam.

Po pół godzinie, w drzwiach widzę tę głowę, co to już ją widziałam, te oczka świdrujące, niby taki szelmowski uśmiech, co to mówi: patrz, jaki jestem fajny, miły i na pewno świetnie umilę ci drogę. Taki „Czupurek".

Uff.

- Jakoś sobie nigdzie miejsca nie znalazłem.

Skinęłam głową, prawie zgrzytając zębami - no, ale przecież nie wykupiłam sobie przedziału na wyłączność. Tylko inaczej, gdybym za towarzysza miała mieć jakiegoś śpiocha, a tu mi się ewidentny gaduła przytrafił. Zbyt dużo jeździłam pociągami, by nie rozpoznawać takich od pierwszego spojrzenia. Ten teraz, to mój „ulubiony gatunek". Ech.

Ale od czego się ma mp3? Słuchawki w uszy, bokiem do Czupurka, oczy ewidentnie wpatrzone w krajobraz.

Wytrzymał kwadrans.

Dotknął mi ręki, więc już się zjeżyłam, niczym jeżozwierz - granica mojej prywatności dla obcych, to co najmniej metr.

Uchylam słuchawkę z jednego ucha, bo jeszcze gotów dotknąć raz jeszcze, a już gotowa byłam warczeć.

- Może pani walizkę postawić na górę? - uśmiech, chyba numer dwa, kto to wie, ale widać, że Czupurek stara się być teraz usłużny.

Zważywszy, że wygodnie nogi trzymam na walizce właśnie, nikomu ona nie zawadza, bo tylko my dwoje w tym przedziale, to propozycja trafiona, niczym kulą w płot.

- Nie, dziękuję, chyba, że panu przeszkadza, ale jeśli nie, to mi tak bardzo wygodnie.

- Acha. No bo spora, to chciałem pomóc - uśmiech numer trzy (chyba).

- Nie, dziękuję.

Już, już biorę słuchawkę do ręki, chcę się odciąć od natręta, ale nie! Nie!

- A na długo pani jedzie?

- Nie - odpowiadam, ale już bez uśmiechu.

- To tak, jak ja! - Rozpromienia się nie wiedzieć czemu.

O Matko Boska! Jakiś ciężki przypadek.

Zanim zdążył dodać coś jeszcze udało mi się włożyć słuchawkę do ucha, ale już uleciała gdzieś cała przyjemność z podróżowania. Spinam się i czekam, bo już wiem. Lekko nie będzie.

Stacja Łowicz.

Czupurek zrywa się żwawo i otwiera drzwi, wygląda na korytarz. Odwraca się do mnie i krzyczy:

- To pani stacja?

Kiwam głową przecząco.

Mówi coś jeszcze, ale nie słyszę, bo pociąg zwalnia, więc robi się głośno, wyjmuję słuchawki z uszu.

- Myślałem, że pani wysiada.

- Wie pan, jeszcze nie, na razie trzymam się dość dobrze - wypalam, zanim pomyślę, ale to wynik zaburzonego rytmu, który zawdzięczam Czupurkowi.

Zdębiał. Ewidentnie nie wiedział, czy ma się śmiać, czy nie. W końcu jednak wybuchnął śmiechem - i dalej w swoją grę:

- Nie, no, co pani... w życiu! Ale mówiła pani, ze niedaleko jedzie, to myślałem, ze może tylko do Łowicza. Bo ja co najmniej do Bydgoszczy.

O słodki panie na J! Do samej Bydgoszczy! Litości, Panie! Wykrzykuję w myślach , wiedząc dokładnie, że chodzi mu o to, bym dopytała: czy do Bydgoszczy, czy aby może nie dalej czasem.

- Mhmmmm - wymruczałam tylko.

- Pani dalej?

- Dalej.

- A mówiła pani, że jedzie niedaleko! - słowo daję, w głosie można było usłyszeć triumf, niczym przy odkryciu jakiejś supernowej.

- Bo to niedaleko - cedzę już.

- Tak ładna kobieta i nie boi się sama?

- Jak pan o to pyta, to chyba powinnam się zacząć bać, ale właśnie pana - uwierzcie mi, mój wzrok potrafi zmrozić.

- Oj nie! Broń Boże! Ja tak tylko... zagadać chciałem.

- Proszę pana, doceniam pana starania, ale bardzo za nie dziękuję. Ustalmy, że niczego mi nie trzeba, dobrze?

-Bądź tu człowieku miły - usłyszałam, jak mruknął pod nosem i usiadł, jak przekłuty balonik. Nawet mi się go trochę żal zrobiło.

Minął kwadrans. „Lot nad kukułczym gniazdem" wciągnął mnie całkowicie, choć czytam go po raz kolejny.

Nagle przed nosem mam torebkę z cukierkami.

Nieco przestraszona, unoszę głowę i tuż przed sobą widzę nos Czupurka. Kurczę, nie mam się gdzie odsunąć nawet.

- Na zgodę? - próbuje.

Przecież nie wezmę od obcego faceta czegokolwiek do jedzenia.

- To miłe, ale dziękuję, nie jadam słodyczy - wymyślam na poczekaniu i od razu tego żałuję, bo w torebce mam słodki rogalik z nadzieniem czekoladowym, a to oznacza, że nie mogę go zjeść do samej Bydgoszczy (co najmniej).

- A ja tam lubię. Straszny ze mnie łasuch - mówi i pakuje sobie cukierka do buzi, nie przerywając monologu. - Wie pani, słodki chłopak ze mnie!

Prawie parskam śmiechem. Jak już facet po trzydziestce, mówi o sobie per chłopak i mruga do mnie oczkiem, to jest zdecydowanie niedobrze.

Po korytarzu przechodzi ładna blondynka, ciągnąc czerwoną walizkę i rozglądając się za miejscem. Wygłaszam modły, żeby zawróciła i wsiadła.

Poszła, a widzę, ze Czupurek wiedzie łakomym wzrokiem za jej bioderkami.

Udaje mi się znowu wyłączyć na chwilę, ale nie minął kolejny kwadrans, a obok mnie Czupurek wykonuje jakieś dziwne ruchy. To wstaje, podchodzi do okna, trąca mnie co chwilę nogami, to siada, to wygląda na korytarz.. W końcu rzuca:

- Spojrzy pani na moją torbę?

Kiwam na tak. Znika.

Idzie w jedną, idzie w drugą. Z powrotem. Wchodzi, mina od ucha, do ucha, ale próbuje być nieco skruszony:

- Wybaczy pani, ale się chyba przesiądę.

- Ależ oczywiście - uśmiecham się promiennie.

Może lepiej, że blondynka postanowiła usiąść gdzie indziej. Jestem gotowa się założyć, że właśnie usiadł koło niej nowy towarzysz podróży.

Przede mną ponad siedem godzin, mam nadzieję spokojnej podróży.



Godz. 14:15...

- A ja sam zostałem i pomyślałem, że wrócę do pani.

Czupurek wrócił. Dałam mu wszystkie moje gazety, może będzie spokojniejszy tym razem, bo czyta. Chyba się pomyliłam w ocenie wieku. Raczej czterdziestka, dobrze zakonserwowana. Znaczy, że gorzej.

 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Cenne chwile.

wtorek, 21 lipca 2009 18:10




(urlop 2009)


            Mam to szczęście, że mogę celebrować wolny czas przez cały miesiąc. Lipiec 2009 w moim kalendarzu zapełniony jest jedynie słowem „urlop".

Obiecałam sobie już jakiś czas temu, że znajdę taką chwilę, by uporządkować kilka zbyt natrętnych myśli - i na szczęście - chyba mi się to udało, choć przecież pewności mieć nie mogę, bo lipiec jeszcze się nie skończył.

Ważne jednak, ze osiągnęłam wreszcie taki stan, w którym nie popędzam sama siebie, a i myśli zaczynają układać się w logiczną całość. Wyobraźnia pracuje na właściwych obrotach, a umysł, wypoczęty, nagle okazuje się być zdolny do rzeczy, o które sama się nie podejrzewałam.

Teraz mam chęć na wiele - choć niby miałam ją i wcześniej - to teraz nie jest ona podszyta poczuciem przymusu i pośpiechu.

Jestem pewna, że pomógł mi w tym kontakt z przyrodą, przemieszany ze spotkaniami z nowymi, jakże ciekawymi często ludźmi. Różnymi zupełnie, z różnych zakątków - ale jednocześnie świetnie pokazujących tak wiele aspektów relacji międzyludzkich.

Gdy przymykam oczy, siedząc w tej chwili w hamaku na tarasie, szykując się jednocześnie do kolejnego wyjazdu, mam pod powiekami świeże obrazy z gór wyłaniających się znad ciepłego morza i czuję jeszcze zapach wiatru. Myśli, które mi wtedy przemykały przez umysł, nadal są świeże i napawają optymizmem.

Obym zachowała go, jak najdłużej.

 

***

  

Bardzo dziękuję za Wasze odwiedziny, a także wiadomości zostawiane na gg ( szczególnie dla: Oli, Asi, Jurka, Michała, Loni, Zająca, Tadeusza, Kornelii, Yogi, Małgosi, Kasi C., Kasi K., Ani P., Anusi, Agi, Alicji i Marka).

Zaskakujecie mnie czasem bardzo - i za to też Wam dziękuję.

Na pytania o książkę mogę już odpowiedzieć: ukaże się ona nakładem wydawnictwa „Prószyński i S-ka" na początku przyszłego roku.

I tu bardzo ważna informacja. Bloga piszę pod pseudonimem, który jest zarazem moim panieńskim nazwiskiem, co zresztą zostanie za jakiś czas zmienione.

Dlatego w księgarniach powinniście wtedy szukać książki: „Brudny dotyk" autorstwa Moniki Ewy Mularczyk.

Ale to jeszcze kilka miesięcy przecież.

 

A tak przy okazji:

Olu Peszek - za Ciebie trzymam kciuki, przede wszystkim wytrwałości życzę.

 

komentarze (7) | dodaj komentarz

niedziela, 21 marca 2010

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O mnie

Dziennikarka (teraz tv, dawniej radio i prasa), pisząca prozę, ale czasami i poezje. Do poczucia normalności potrzebuje towarzystwa ludzi i zwierząt - szczególnie psów, koni, kotów. Kocha przyrodę, wędrówki i podróże.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 11.08.2009 17:18:39
  • autor: Do
  • treść: przylazłam poczytać ...