Nie mam wielu zalet: mądrości, roztropności, a czasem wręcz przeciwnie - daru czynu idącego ślepo i w zaufaniu za porywem serca... i tak dalej. Mam czasem zaletę szczerości, nieraz bolesnej niezwykle, bo czytelnej w jednej sekundzie i niezrozumiałej zaraz potem dla mnie samej. Czy to zrozumiałe w ogóle?
O piątej rano śpiewały dziś ptaki - nie chciały mnie śpiącej.
Wzywało też miasto. Jego gwar i zbyt duży tumult setek tysięcy stóp... tyle spraw do załatwienia. Niechcianych, koniecznych. Sam przymus. Zmęczyli mnie ludzie w metrze, tramwajach, autobusach, sklepach.
Ale skoro wróciłam do domu i pisania na tej stronie, znaczy, że to była interesująca doba. Jutro od rana pociąg - wszakże droga do smutnej Łodzi. Smutnej, bo tak ją teraz widzę. Kiedyś moje ukochane miasto. Teraz wracałabym do niego chyba za karę jedynie... W maminym skromnym domu czekać mnie będzie pewnie pieczołowicie przygotowany obiad, pachnący staraniem i czasem pochylonej nad piecykiem głowy, prawie zupełnie już siwej. Jak się to mogło stać? Niedawno nie do pomyślenia to było, a dziś sama kilka srebrnych nitek znalazłam na własnej głowie... wcześnie to dość, ale i zmartwień trochę przez ostatnie dwa lata było. Tłumaczy się to jakoś.
Mimo, że ostatnio umysł mam przytomny, cały w kryształkach lodu, niezbyt dobrze idzie mi pisanie. Myśli umykają, topią się zbyt szybko. Nie nadążam.
Idę spać coraz wcześniej, szukając w snach odpowiedzi, choć nie wiem, czy pytania stawiam właściwe... zatem dobranoc, szukam dalej.
Wieczorem, żeby nie zwariować od tłoczących się pod czaszką myśli, pobiegłam z psami na spacer. Te kilka kilometrów, odliczane równym już na szczęście oddechem, pozwoliły odnaleźć, choć częściowy balans pomiędzy tym, co możliwe do zrealizowania, a pobożnymi życzeniami. Zdrowy wysiłek ma na mnie zbawienny wpływ.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów popędzałam Tarę, która ma zdecydowanie gorszą kondycję od Iskry i na każde spojrzenie ciemnych ślepi w moje oczy, chwaliłam „psunię" za wytrwałość. Potem prysznic, herbata z karmelem i nieco zbyt głośna muzyka. Pod oknem rozkwitła mi niedawno posadzona róża i dom kąpie się w jej zapachu, póki zostawiam okna na oścież otwarte. Robiło się coraz ciemniej i patrzyłam w niebo, jak przybiera mój ulubiony granat i miałam nadzieję, że i na południu dzisiaj tak samo pięknie ono wygląda. Bo było też takie, gdy stałam nad Czarnym Stawem Gąsienicowym niespełna tydzień temu.
Dziś też, pierwszy raz widziałam w tym roku wschodzące słońce. Dochodziła piąta. Przemalowałam noc na dzień. Czy dlatego niebo było dziwnie chmurno-pogodne? Malując w wyobraźni jestem z kimś w sercu nawet bardziej, niż kiedy piszę. Rozumiemy się. Rozumiejąc się z jedną nawet osobą, to tak, jakby rozumieć się ze wszystkim. To tak, jakby ułożyć równanie: 1+1=1 dziwne, a jednak dla mnie możliwe...
Chleb z owczym serem i kubek herbaty. Obraz o poranku wyraźnie mówił, czego nie mam i jak wiele mam zarazem. Nie zmienił tego i wieczór. Nie mam mocy sprawiania rzeczy niemożliwych, możliwymi. Ale być może potrafię je sprawić mniej bolesnymi? Tylko, z którymi umiem żyć, a z którymi trwać jedynie?
niedziela, 21 marca 2010
| « sierpień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | |||||
| 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 |
| 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 |
| 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 |
| 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 |
| 31 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Dziennikarka (teraz tv, dawniej radio i prasa), pisząca prozę, ale czasami i poezje. Do poczucia normalności potrzebuje towarzystwa ludzi i zwierząt - szczególnie psów, koni, kotów. Kocha przyrodę, wędrówki i podróże.