Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Błyszcz i Bystra przez chwilę.

środa, 24 czerwca 2009 19:28





- Co robisz, Sunshine? - Kris zawsze bawi mnie swoimi wstawkami „hamerykańskimi" i dobrze o tym wie, bo wyśmiewam się z niego za każdym razem. Dobry znajomy przyleciał do Polski na dwa miesiące i roznosi go straszliwie.
Nie byłam w zbyt dobrym nastroju, bo ranek w sobotę nie należał do udanych, czego nie omieszkałam z siebie wyrzucić, z częstotliwością karabinu maszynowego. Po drugiej stronie słuchawki słyszałam tylko:
- Mhm... mhm... mhm... - a w końcu - Daj mi Niedźwiedzia do telefonu.
Niedźwiedź wysłuchał, co tamten miał do powiedzenia, po czym rozłączył się, podszedł do garderoby i wyciągnął z niej moją ukochaną kurtkę.
- Przyda ci się - rzucił nią we mnie - za godzinę będą po ciebie.
- A ty? - spytałam, doskonale już wiedząc, o co może chodzić.
- No wiesz - parsknął - nie mam zamiaru robić za zbędny balast.
Całus w czoło i zawadiacka mina poprzedzały następne zdanie:
- Wyszaleję się na rowerze, jak cię nie będzie.
Niedźwiedź ma lęk wysokości i lęk przestrzeni. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem porywana na południe Polski.

           Wesołe towarzystwo pędziło chyba strasznie, bo zamiast w godzinę, dojechali zaledwie po trzydziestu minutach. Psy odtańczyły radosny taniec, a ja w pośpiechu, starałam się ogarnąć, czy wzięłam aby na pewno wszystko.
Szaleństwo. W poniedziałek miałam być w pracy o ósmej rano.
Troje wariatów umilało mi drogę idiotycznymi opowiadaniami, więc nawet nie zauważyłam, jak dotarliśmy na granicę Słowacką.
- To gdzie my właściwie jedziemy? - ocknęłam się.
- Byyyystraaaa, Byyystraaaa - zaczął zawodzić Piotr, usiłując wpaść w „górolskie" tony.
Śmiałam się do rozpuku.
Wiem, że często niektórzy zdobywają ten szczyt nielegalnie, wchodząc od Gaborowej Przełęczy i Ornaku. Chłopaki najwyraźniej chcieli, byśmy weszli na Bystrą legalnie, od słowackiej strony.
Przyjechaliśmy do przytulnej i urokliwej osady Podbanskie. Wypad był z założenia bardzo krótki, więc nie mogliśmy poświęcić zbyt wiele czasu na szukanie sobie noclegu. Zresztą i tak było wiadomo, że spać nie będziemy zbyt długo tej nocy. Piotr zajął się całą organizacją, bo bywał już tu wcześniej, jako zapaleniec rowerowy, a jest to świetny punkt wypadowy do Doliny Koprowej i Tichej. Na szczęście problemu nie było i spokojnie mogliśmy odpocząć przed następnym dniem.
Ja, zamiast im pomagać, przeżywałam widok Krywania w ostatnich przebłyskach światła. Nie ma co ukrywać. Farciarze z nas. Wszędzie w Polsce lało, a my mieliśmy ładną pogodę. Dzięki temu dobrze też było widać Kopy Koprowe. Wieczór obfitował w rozmowy o... dzieciach, jako że dwóch z trzech moich towarzyszy podróży niedawno zostało ojcami. I niech mi ktoś teraz spróbuje wmówić, że to świeżo upieczone mamy rozmawiają o kupkach, pieluszkach i zasypkach. Mhmm. Ja już teraz wiem swoje, a na temat kolek i rodzajów mleka, mogłabym napisać, po ostatnim wieczorze, obszerny artykuł prasowy.

           Rano wyruszyliśmy o ósmej niebieskim szlakiem, wiodącym dnem Kamienistej Doliny. Można też podchodzić żółtym szlakiem Doliną Bystrą, ale musielibyśmy nadłożyć drogi - szliśmy od strony wschodniej. Szlak w większości wiedzie dość ciemnym lasem, jest wąski, mocno zarośnięty. Zarośla są tak gęste, że ma się wrażenie, jakby oplatały ludzi, czasem nie widać własnych stóp. Na chwilę zatrzymaliśmy się w Kamienistej Dolinie, przerywając dysputy i małe sprzeczki na tematy różne i różniste. Milkniemy w tej samej chwili i chłoniemy ciszę. Co prawda nie widać samej Bystrej, ale za to dobrze rozpoznawalne niewysokie grzbiety Hlina I Kobyla. Podejście jest tak łagodne, że zaczynam żartować:
- Nic wiary w słabą kobietę. Specjalnie wybraliście dla mnie ten szlak?
I w żartach wychodzę przed szereg, idąc tak dłuższą chwilę. Niestety... buty, które kupiłam już jakiś czas temu nie są najlepsze. Choć zbierają dobre opinie wśród moich znajomych, z moich stóp robią sobie poligon dla odcisków. Kris wyjmuje plastry, a chłopaki mają pretekst do serii przytyków i głupich tekstów. Pokazuję im bardzo niedojrzały i niestosowny gest - wystawiam język.

W końcu doszliśmy jednak do Pyszniańskiej Przełęczy. Na chłopakach widok na Bystrą nie robi wrażenia, ale mnie, ta nieco leniwa i łagodna dama nawet się podoba. Po przeciwnej stronie za to królowała Kamienista, a na wprost, widok rozciągał się na Dolinę Kościeliską. Wypatrzyliśmy schronisko na hali Ornak i Smreczyński Staw. Dalsza część szlaku prowadziła już na Błyszcz - trochę mocniejsze podejście, skaliste, ale nadal dość łatwe. I żywego ducha. Dopiero od Gaborowej nadciągnęli „nielegalni emigranci" - jak śmieliśmy się z tych, którzy podeszli od polskiej strony. Najokazalej prezentowała się na wschodzie grupa Krywania, dalej Orla Perć, na zachód Otargańce, na pierwszym planie Starorobociański, na południe za kotliną Niżne Tatry. Na stokach Bystrej zielono, pogoda naprawdę znośna. Po około półgodzinnym pobycie na szczycie zaczęliśmy schodzić z powrotem. Wróciliśmy o 15:00. Szybki odpoczynek, posiłek i do samochodu. Rano o ósmej grzecznie byłam w pracy.
A na pamiątkę zostało kilka zdjęć.

  





komentarze (2) | dodaj komentarz

Ciasto cynamonowe i góry.

niedziela, 14 czerwca 2009 9:48



          Dla wielu długie weekendy to czas wyjazdów i szukania wytchnienia wśród zieleni, a dla mnie... Dla mnie to wizyty bliskich znajomych i przyjaciół, którzy cenią sobie panujący w lesie spokój i ciszę oraz towarzystwo moich rozbrykanych zwierząt. Piekę wtedy ciasto cynamonowe z miodem i rodzynkami, albo - gdy są wyraźne życzenia dodatkowo ciasto czekoladowe, przygotowuję zapas składników na sałatki i różne wersje spaghetti - nie po to się przecież spotykamy, by spędzać czas w kuchni na szykowaniu posiłków, a włoszczyzna pozwala na przygotowanie posiłku w dwadzieścia minut, nawet dla ośmiu osób.





Nie przeszkadza nam żadna pogoda, bo w każdej odnajdujemy się bardzo dobrze. W ostatnie dni wypróbowywane były np. przeciwdeszczowe kurtki, które zostały niedawno zakupione i mają się przydać w górach. Drzwi domu zaczęły się otwierać w środę wieczorem, a zamknęły dziś o godzinie ósmej rano, kiedy pożegnałam ostatniego gościa. I to tylko dlatego, że koleżanka (jeszcze ze szkolnej ławy podstawówkowej) - ku mojej jawnej zazdrości - z plecakiem wypełnionym wszelkimi potrzebnymi rzeczami, powędrowała do pociągu... i prosto w góry. Tymczasem ja jutro będę się przeciskała wśród samochodów na drodze do pracy. Plan był zupełnie inny, bo miałyśmy wyruszyć razem - ale urlopy mają to do siebie, że czasem muszą zostać przesunięte ze względu na „obiektywne okoliczności". Tak było i tym razem. Oczywiście w moim wypadku.
Musiały mi wystarczyć nasze rozmowy o wędrówkach, jakże wiele mających odniesień do zachowań w życiu codziennym. Bo w górach wychodzi z ludzi ich prawdziwy charakter, gotowość do poświęceń oraz rezygnacji z własnych ambicji. Trzeba tam umieć schować własne ja, przestać myśleć kategoriami własnych potrzeb. Odnaleźć nawet najgłębiej schowaną pokorę. Niestety nie każdemu się to udaje. Mówiłyśmy o tym, że tam, jak w życiu - jeśli ktoś idzie, by zaliczyć kolejny szczyt, bez względu na wszystko, używa przy tym argumentów typu:
- Każdy sam musi się zmierzyć z tą górą.
A potem za wszelką cenę, mimo zagrożenia dla siebie i innych dokonuje ataku szczytowego - tak samo postępuje zapewne w życiu. Ważne jest dla niego to, by na mapie zaznaczać kolejne krzyżyki i mówić głośno, by wszyscy słyszeli:
- Dokonałem tego.
Utarło się powiedzenie, że ludzie gór są honorowi, nie dają się porwać niskim uczuciom. Nie mam tak ogromnego doświadczenia, jak Agnieszka, nic więc dziwnego, że to ona głównie sypała, jak z rękawa, przykładami na to - ile razy zawiodła się w górach na ludziach. W najmniej oczekiwanych okolicznościach. I nie ważne, czy był to Mont Blanc, czy Tien Shan, Szkocja, czy polskie Tatry. Nie ważne, czy byli to Polacy, czy członkowie ekip z innych krajów.



(Dolina Cichej - 2008)

           Przy kominku dobrze się rozmawia, więc od razu nasunęło się nam skojarzenie, że dokładnie tak samo jest w życiu. Oczywiście, można też tłumaczyć, ze w sytuacjach ekstremalnego zagrożenia, na dużych wysokościach włącza się u niektórych osób tak silna wola przetrwania, że zaczynają działać mechanizmy, o których sami nie mieliśmy pojęcia i są silniejsze od nas samych. Częściej jednak sytuacje nie są aż tak groźne, ale mogą je groźnymi stworzyć. Wówczas widać wyraźnie, kto o czym myśli, wchodząc pod górę. Czy rozważa rezygnację, nawet na sto metrów przed szczytem. Umiejętność rezygnacji z marzenia - to niezwykle cenna rzecz. I wcale nie świadczy o braku wytrwałości, czy tchórzostwie, tylko często jest oznaką mądrości, a także odpowiedzialności. Nie tylko za samego siebie, ale również za towarzyszy podróży. I to niezależnie, czy jest to podróż w góry - czy podróż przez życie. Świat, w którym żyjemy uczy nas, że aby przetrwać należy rwać wszystko pazurami i zagarniać pod siebie... ale czy to faktycznie powinno być celem naszego życia - żywić się wyszarpanymi ochłapami? Kosztem innych? Nie lepiej się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i wchłonąć widok tego, co już udało się nam osiągnąć, zebrać siły i jeśli czujemy taką potrzebę - zacząć jeszcze raz, nawet jeśli trzeba zaczynać w zupełnie innym miejscu?
Tak... lubię te długie weekendy, gdy drzwi domu się nie zamykają, zapraszając życzliwych mi ludzi do środka. Psy i kot są dopieszczane ponad miarę, a ja wiem, że będę mogła wymienić myśli z tymi, którzy myślą i czują więcej. Bo potrafią się zatrzymać.


  
(Gorce IX.2008)

 

 

komentarze (9) | dodaj komentarz

poniedziałek, 22 marca 2010

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O mnie

Dziennikarka (teraz tv, dawniej radio i prasa), pisząca prozę, ale czasami i poezje. Do poczucia normalności potrzebuje towarzystwa ludzi i zwierząt - szczególnie psów, koni, kotów. Kocha przyrodę, wędrówki i podróże.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.02.2010 15:51:57
  • autor: jasielo
  • treść: Pozdrawiam...