
Miał być wyjazd w góry, a los przyniósł mi niespodziankę w postaci wycieczki do Gdańska. Przyjaciele udostępnili mi tym razem swoje mieszkanie, a nie jedno z przeznaczonych na wynajem, mieszczące się w Bramie Straganiarskiej, w bezpośrednim sąsiedztwie Motławy.
Uwielbiam to miasto. Jego zapach, klimat i smak jedzonych tam potraw. Spacery po starym Gdańsku mają w sobie wiele magii. Czuję się w nim, jak w drugim domu. Kiedyś, sądziłam, że mogłabym mieszkać w Krakowie. Dziś wiem, że jeśli miałabym taką możliwość, jedną część roku spędzałabym w Trójmieście, a drugą w moim leśnym domu pod Warszawą.
Ranek, nieco mglisty, wygonił mnie z łóżka już o siódmej rano, co dla mnie jest wczesną porą, należę bowiem do nocnych marków. Stałam w oknie z parującym kubkiem kawy i przez chwilę delektowałam się widokiem. Poranek nie należał do najpiękniejszych, ale czułam się dziwnie spokojna i zrelaksowana. Mgła jeszcze nie opadła. Mleczny opar, zamiast przyprawiać o dreszcz niechęci, jedynie zmobilizował mnie do wyruszenia na poranny spacer, pustymi jeszcze, wąskimi uliczkami. Wszystkie tylko z pozoru wymarłe, a żyjące latami historii. Po pół godzinie, weszłam do spożywczego, pamiętającego jeszcze chyba czasy Gierka i kupiłam świeże kajzerki, biały ser i miód do herbaty z cytryną. Po namyśle zdecydowałam się jeszcze na Głos Wybrzeża, ciekawa, jakimi sprawami żyją tutejsi mieszkańcy. Dawno mnie tu nie było. Ostatnio latem, gdy odbywały się zawody żeglarskie, ale wtedy przez szaleństwa z przyjaciółmi, nie miałam szansy na zatrzymanie się choćby na chwilę.
Taca ze smacznym śniadaniem wylądowała gdzieś obok mych kolan, lektura gazety podzieliła czas z delektowaniem się chrupiącymi bułeczkami. Po śniadaniu, chwil kilka poświęciłam na ponownym zwiedzaniu mieszkania, które tak bardzo mi się podoba. Pełno w nim akcentów świadczących o zamiłowaniu właścicieli do tego miejsca. I ich pieczołowitości w dążeniu do odtworzenia klimatu tego miejsca.
Usiadłam do pisania i nim się zorientowałam, czas był już na obiad. Niewiele myśląc wybrałam się do pobliskiego Fish Marktu, gdzie już wcześniej zdarzało mi się jadać. Zadziwiające, ale panie z obsługi mnie poznały. Jedna nawet zauważyła, że zmieniłam fryzurę i stwierdziła, że wyglądam „jakby zdrowiej". Uśmiechnęłam się w podziękowaniu, dziwnie zawstydzona tym niecodziennym chyba komplementem.
W mieszkaniu, zdejmując płaszcz, przyjrzałam się sobie w odbiciu lustrzanym, chcąc zobaczyć, czy faktycznie zmiany są aż tak zauważalne. Są.
Znikły już sińce pod oczami, wywołane przez brane wcześniej silne leki. Skóra już nie jest sino - papierowa. Nabrała zwyczajnych kolorów, które dotąd trzeba było wywoływać warstwami kosmetyków, pieczołowicie nakładanymi przez stylistki w pracy, by w „oku kamery" nie wyglądać, jak kuzynka wampira. Włosy odrosły i chyba nawet zgęstniały.
Proszę. Ile może zdziałać jedno zdanie. Moja samoocena podniosła się o kilka punktów... hmmm, bazowych (parafrazując język, jakim posługuję się w pracy).
Późnym popołudniem dzwonek do drzwi. I dawno nie widziana znajoma. I uściski i rozmowy i ciasto z kremem, którego zwykle nie lubię, a tym razem zjadłam z apetytem, bo przyniesione z dobrego serca i szczerych chęci. I wieczorny spacer do Neptuna. I uśmiech wywołany przez wspomnienia. I chwila zadumy, że życie nie biegnie wytyczonymi przez nas drogami, tylko nagle potrafi zboczyć na stromą ścieżkę, płatając złośliwego czasem figla. Pożegnanie z życzliwą osobą, co dziś codziennością nie jest. I sen przeplatany dniem dzisiejszym i tymi, co minęły, a nie chcą być zapomniane. A na drugi dzień przed południem obowiązkowa wyprawa do Sopotu, spacer plażą, karmienie łabędzi. Dworzec.
Czas do domu.
A w góry jedziemy z dziewczynami w marcu. Na sto procent.
To było jakiś czas temu. Razem z dwoma operatorami, podjechałam pod zadbany segment na jednym z warszawskich osiedli. Było ciemno, zimno, padał śnieg. W niemal wszystkich oknach budynku, paliło się światło. Mignęła głowa zza firanki. Zanim, obarczeni sprzętem, weszliśmy po schodach na ganek, drzwi otworzyły się i stanęła w nich niewysoka kobieta o miłym uśmiechu.
- Nie błądziliście?
- Tylko trochę - zaśmiałam się i wyciągnęłam dłoń na powitanie. Uścisk był zdecydowany i ciepły. Lubię ludzi, którzy w taki sposób się witają. Podświadomie inaczej podchodzę do osób, które podają na dzień dobry „zwiędniętego śledzia".
Zza kolan i bioder kobiety wychyliły się dwie dziecięce głowy. Chichotały.
- Przyjechałam, nagrać z wami wywiad, potworki - przywitałam się, klękając, by miały mnie na wysokość wzroku. - I z waszą mamą.
- Mas - dziewczynka podała mi wyjętego przed chwilą z buzi lizaka.
- Mmmmm - próbowałam zachować powagę - jaki to smak?
Mama dzieciaków prychnęła, nieco zawstydzona:
- Malwinko, nie daje się komuś słodyczy prosto z buzi. Poczęstuj gości cukierkami z salonu.
Tup, tup, tup, łubudubu, bęc.
Mała, nie utrzymała pionu, zaplątując się o własne nogi. Zbyt szybko chciała nas częstować. Czekałam na płacz, ale nic z tego. Malwinka westchnęła wymownie i pobiegła dalej.
Chłopczyk patrzył na mnie przez chwilę uważnie, aż w końcu wyciągnął rączkę i z całkiem dorosłą i poważną miną wyrecytował:
- Mam na imię Piotruś. Miło mi panią poznać.
Moje oczy szybko pochwyciły spojrzenie chłopaków, z którymi przyjechałam, więc dużo kosztowało mnie, by się nie roześmiać. Był słodki.
- Mnie również, miło ciebie poznać, a to są moi koledzy. Mariusz i Artur. Najlepsi operatorzy, jakich znam. To oni będą was filmować.
Powaga chłopca, prysła, jak bańka mydlana. Zaczął podskakiwać to na jednej, to na drugiej nodze, potem na obu na raz i tak na przemian.
- Zapraszam do środka - głos pani Ani przywołał mnie do rzeczywistości.
Piotruś pognał przodem, wystrzeliwując z siebie słowa z częstotliwością karabinu maszynowego. Weszliśmy do niedużego, jasnego salonu. We dwie usiadłyśmy na przepastnych kanapach, Malwinka już dawno zapomniała o cukierkach i oglądała Teletubisie, a Piotruś... Piotruś już miał swoich dwóch idoli.
- Porozmawiajcie, a my zaczniemy ogrywki - zaproponował Mariusz. Artur za zgodą pani Ani poszedł oglądać pokoje dziecięce, by ewentualnie przynieść dodatkowe światło z samochodu.
Spojrzałam w spokojne, zielone oczy kobiety, z którą miałam rozmawiać i już wiedziałam, że to będzie dobry wywiad.
Podczas naszej rozmowy „off the record" tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu.
Dzieci ładowały mi się bez skrępowania na kolana, i świetnie współpracowały z chłopakami.
Chcecie zabawy z klockami?
Klocki wylądowały na dywanie i powstała wieża.
Chcecie nagrać zabawę w kółko graniaste?
Nie ma problemu.
Dzieciaki kontaktowe, bystre, wesołe. Ale też grzeczne.
Na każdą, spokojną uwagę mamy reagowały bez protestu.
Na wywiad najlepsza wydała mi się kuchnia i towarzyszące nam filiżanki kawy.
- Czy jest pani szczęśliwa? - zaczęłam.
Twarz pani Ani rozpromieniała.
- Tak. Bardzo. Ale nie zawsze tak było. Dwanaście lat temu, po moim trzecim poronieniu, dowiedzieliśmy się z mężem, że nie możemy mieć dzieci. Przez kolejne trzy lata żyliśmy... obok życia. Potem dowiedzieliśmy się o In vitro. Postanowiliśmy spróbować, choć wtedy w Polsce panowało takie przekonanie, że z „takich eksperymentów" mogą się urodzić jakieś potworki - zaśmiała się, bo jak na zawołanie, na kolana wskoczyła jej Malwinka.
- Jak widać, moje dzieci mają rączki i nóżki, są całkiem normalne. Nie są też dziećmi szatana. Czasem się tylko śmieję, że w mej świadomości moje dzieci „urodziły się" dwa razy. Pierwszy raz, gdy mi je wszczepiono w formie zarodków i drugi raz, kiedy je już zobaczyłam po porodzie.
- Jak długo czekała pani na swoje dzieci?
- Osiem lat. Ale ja nie czekałam. Już nie mogłam. Ja o nie walczyłam. I nie żałuję żadnego dnia tej walki. Dlatego uważam, że te kobiety, które dzisiaj mogą mieć zabraną jedyną szansę na macierzyństwo, też nie powinny się poddawać. Ja niewiele mogę zrobić, ale chcę pokazać, co niektórzy politycy chcą odebrać co piątemu małżeństwu w Polsce...
To był naprawdę mądry wywiad. Wyważony, spokojny, bez zbędnego epatowania dziećmi, przemykającymi gdzieś w tle.
Pojechaliśmy do kliniki leczenia niepłodności.
Stanęliśmy w progu i przeżyliśmy mały szok. Tłum ludzi. Na recepcji telefony się urywają.
- Odkąd zaczęło się mówić o pomysłach do ustawy o In vitro, nasza klinika tak właśnie wygląda - rzeczniczka prasowa nie czekała nawet na moje pytanie.
Ubrano nas i kamery w zielone skafandry, byśmy mogli wejść do sali, gdzie dokonuje się proces zapłodnienia pozaustrojowego.
Dyrektor pokazywał nam, gdzie z wielką pieczołowitością, są przechowywane zarodki.
- Praktycznie wszystkie są wykorzystywane - mówił.
Okazuje się, że niektóre pary „adoptują" zarodek innej, jeśli już nie mają szansy na własny.
Na ścianie wisiały zdjęcia noworodków. Nie rzadko dwojaczków i trojaczków. Na korytarzu nie da się nie zauważyć wielkich tablic z nazwiskami i datami. To ci, którym się udało. Ostatni wpis świadczył o tym, że są ich tysiące.
Dogoniła nas jakaś kobieta. Ubrana w szlafrok, blada.
- Państwo z telewizji? - chwyciła mnie za rękaw papierowego fartucha, prawie go rozrywając.
- Tak - powiedziałam, a Mariusz natychmiast skierował na nią kamerę.
- To powiedzcie im, tym... tym... potworom, że robią ludziom krzywdę! I to tym ludziom, którzy już tej krzywdy doznali! - rozpłakała się.
Zasłoniłam oczko kamery, Mariusz pokiwał ze zrozumieniem głową.
Podeszła do nas pielęgniarka.
- Pani Małgosiu, pani dziesięć minut temu miała zabieg. Tak nie można.
- Musiałam, musiałam to powiedzieć - płakała kobieta. - Traktują nas, jak gorszych ludzi!
Spojrzałam na Mariusza. Wzrokiem uciekał, gdzie mógł. Prawie płakał.
Rozmawialiśmy z parą, która wzięła właśnie kredyt na iv vitro. Boją się, że wraz z nową ustawą będzie jeszcze trudniej i jeszcze drożej. Na adopcję nie mają zbyt wielkich szans. On jest po czterdziestce, po ślubie są trzy lata. Do adopcji trzeba, co najmniej pięć. Z racji na wiek mogliby więc za dwa lata podejść do procesu adopcyjnego, który trwa w tej chwili przeciętnie trzy lata. Zbliżałby się do pięćdziesiątki. W ośrodku jasno powiedziano mu, że może liczyć na dziecko chore, albo w wieku szkolnym. Tylko, że nie wszyscy nadają się na rodziców dzieci z bagażem doświadczeń, nie rzadko przerastającym przeżycia niektórych dorosłych.
Gdy przechodziliśmy do wyjścia, usłyszałam, jak recepcjonistka umawiała wizytę jakiejś pary... na wrzesień.
- Naprawdę nie mamy terminów - tłumaczyła się, purpurowa.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do katolickiego ośrodka adopcyjnego. Ksiądz, doktor z habilitacją, bardzo miły, ugościł nas ciastkami. Na ścianach obrazki świętej rodziny, dzieci i ich rodziców adopcyjnych.
Na pytanie o In vitro, sznuruje usta.
- To nie jest droga do rodzicielstwa - mówi w końcu. - To pójście na łatwiznę.
Przed oczyma stanęła mi płacząca kobieta z kliniki.
- Czy sądzi ksiądz, że lata leczenia i wyrzeczeń, to naprawdę pójście na łatwiznę? - pytam.
- Kościół katolicki ma w tej sprawie jasno określone stanowisko. Adopcja jest jedyną słuszną formą w sytuacji, gdy małżeństwo nie może mieć dzieci. Zresztą bezpłodność jest wolą Boga i należy zastanowić się, czy w ten sposób On nie chce nam pokazać, że możemy dać dom dziecku, które tego domu nie ma.
- Czyli każda bezpłodna para mogłaby tu przyjść i ubiegać się o adopcję?
- Nie każda. Taka, która spełnia odpowiednie warunki.
- Czyje warunki? - spytałam.
- Chciała pani zapytać - jakie?
- Nie - uśmiechnęłam się. - Czyje. Czy to są warunki ustanowione przez Boga?
- To są warunki ustanowione przez prawo - spojrzenie księdza stało się ostrzejsze.
- Czyżby? - zapytałam. - Zgodnie z prawem KAŻDE małżeństwo może adoptować dziecko. Tymczasem w państwa ośrodku dowiaduję się, że para musi mieć minimum pięć lat stażu małżeństwa kościelnego.
- Pary o innych wyznaniach mogą iść do innego ośrodka. Świeckiego.
Pojechaliśmy do ośrodka świeckiego.
Panie bardzo miłe, nieco zmęczone. Co chwilę dzwoni telefon. Obok nas siedzą dwie pary. Uciekają wzrokiem. Jakby się bali.
W końcu wchodzimy do małego, skromnego gabinetu.
- Czy trudno adoptować dziecko? - pytam.
Chwila wahania.
- Tak - mówi kobieta. - Dziś jest to trudne, szczególnie jeśli mówimy o małych dzieciach. Na jedno w naszym ośrodku przypada średnio pięć małżeństw chętnych do adopcji. Niestety nadal wiele dzieci nie ma ustalonej sytuacji prawnej i zamiast do nowych rodzin, trafiają do domów dziecka. Tam stają się coraz starsze, nabierają doświadczeń, które potem obijają się na ich psychice, co z kolei ogranicza nam możliwość odpowiedniego wyboru rodziców. Dla dziecka z chorobą sierocą, zespołem FAS, czy innymi schorzeniami musimy szczególnie uważać z wyborem rodziców adopcyjnych.
- Co więc stanowi największy problem? Brak chętnych, ale zarazem odpowiednich rodziców?
- Nie - uśmiecha się kobieta. - Brak odpowiednich regulacji prawnych. To one generują trudne sytuacje.
Ostatnim przystankiem naszej drogi było pogotowie opiekuńcze i zarazem rodzinny dom dziecka. Jeden z nielicznych w Polsce.
Pani Teresa przywitała mnie z dwójką dzieci na rękach, trzecim uczepionym u nogi, a czwartym wychylającym się zza nóg.
W sporym mieszkaniu łącznie naliczyłam dziewięcioro dzieci. Widząc moje zdziwienie, kobieta szybko pospieszyła z wyjaśnieniem.
- To nie jest normalna sytuacja. Zazwyczaj mamy siódemkę. Czekamy na zakończenie spraw sądowych dwóch maluchów, a już są dla nich rodzice adopcyjni i nie chcemy ich odsyłać do DD.
Rozmowę przerywa nam telefon. Wieczorem przybędzie jeszcze jedno dziecko. Z interwencji. W sumie nie powinno, ale dziewczynka jest bardzo wystraszona, wszędzie jest przepełnienie.
- Trafia do nas już trzeci raz. Sąd nadal nie chce zabrać praw rodzicielskich opiekunom. Dziewczynka ma pięć lat. Już trzy lata temu mogła trafić do rodziny adopcyjnej, ale rodzice wciąż dostają „kolejną" szansę. Dziewięćdziesiąt procent dzieci, które do nas trafiają tak naprawdę nigdy nie będą miały domu, bo mamy takie prawo.
Wracaliśmy z Mariuszem i Arturem do redakcji, a na kolanach miałam trzy kasety. Sto osiemdziesiąt minut nagrania. Sto osiemdziesiąt minut drogi do rodzicielstwa. Dla niektórych nie do pokonania. Chłopcy milczeli, jak nigdy.
- Jak dobrze, że mogę mieć dzieci - powiedział w końcu Artur. - Ja nie jestem taki silny, jak oni.
Na antenie pokazaliśmy kilka minut materiału, który nigdy nie odwzoruje tego, co czuje milion trzysta tysięcy par. Jak nie liczyć, to dwa miliony sześćset tysięcy osób. Materiał wyemitowany był w ubiegłym roku.
Przed nowym rokiem środowiska kobiece i medyczne miały jeszcze nadzieję, na dialog w sprawie ustawy o In vitro, a środowisko związane z placówkami dla dzieci, że zmienią się przepisy prawa o adopcji.
Tymczasem:
Komitet Inicjatywy Ustawodawczej "Contra in Vitro" chce zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem zmiany kodeksu karnego, wprowadzającej zakaz stosowania metody in vitro.
Przewodniczący komitetu, Jacek Kotula z Tyczyna pod Rzeszowem powiedział, że inicjatorzy zamierzają - po zebraniu odpowiedniej liczby podpisów - złożyć swój projekt w Sejmie. Można na nim przeczytać m.in., że Komitet „Contra in Vitro" chce dodania do artykułu 160 kodeksu karnego zapisu w brzmieniu:
„Kto doprowadza do zapłodnienia ludzkiej komórki jajowej poza organizmem matki (zapłodnienie in vitro) podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".
Artykuł 160 k.k. mówi o karze do trzech lat więzienia za narażenie na „bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".
Dwudziestego trzeciego stycznia, spotkanie zwołały organizacje pozarządowe: Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz Stowarzyszenie Nasz Bocian oraz zespół, który pracuje nad obywatelskim projektem ustawy o in vitro. Była to dyskusja na temat projektowanych założeń.
Nad obywatelskim projektem pracują m.in. niektórzy członkowie zespołu ds. Konwencji Bioetycznej, który działał przy kancelarii premiera pod kierunkiem Gowina: genetycy prof. Ewa Bartnik i prof. Jacek Zaremba, etycy prof. Jacek Hołówka i prof. Zbigniew Szawarski oraz prawnik prof. Eleonora Zielińska. W związku z tym, że wypracowane przez nich założenia nie zostały uwzględnione w projekcie Gowina, podjęto inicjatywę stworzenia obywatelskiego projektu. Ma on dopuszczać m.in. tworzenie nadliczbowych zarodków, przechowywanie ich oraz stosowanie diagnostyki preinplantacyjnej.
Na początku września zeszłego roku do marszałka Sejmu trafił projekt przygotowany przez posłankę Joannę Senyszyn (Lewica), zakładający finansowanie przez NFZ zapłodnienia in vitro do trzeciej próby. Zgłoszenie własnego projektu autorstwa Bolesława Piechy (PiS) zapowiadał także klub PiS, jednak w styczniu postanowił wstrzymać się z tym do czasu, aż PO przedstawi swoje propozycje.
Projekt ustawy bioetycznej regulującej m.in. procedury związane z zapłodnieniem in vitro przygotowany przez Jarosława Gowina (PO) przewiduje m.in. prawną ochronę embrionów ludzkich, zakaz handlu i nieodpłatnego przekazywania innym osobom zarodków i gamet, a także zakaz selekcjonowania zarodków.
CBOS pytał Polaków o zgodę za zapłodnienie in vitro. Okazało się, że trzy czwarte (76 proc.) badanych uważa, iż małżeństwo, które nie może mieć dzieci, powinno mieć możliwość dokonania zapłodnienia pozaustrojowego. Przeciwnego zdania jest, co siódmy badany (15 proc.), a co jedenasty nie ma wyrobionej opinii na ten temat.
Respondenci CBOS-u opowiadają się głównie za tym, by badanie in vitro było bezpłatne (36 proc.) lub częściowo płatne (35 proc.). 15 proc. osób chce, by takie badania były pełnopłatne, a 14 proc. nie ma w tej sprawie zdania. Opinie w tej sprawie zależą głównie od sytuacji materialnej badanych - im lepsze wykształcenie i im lepsza ocena własnych finansów, tym częstsza opinia, że za in vitro powinno się płacić.
Badanie Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadziło w dniach 7-10 stycznia na grupie 1089 dorosłych Polaków.
Batalia wciąż trwa.
*** imiona bohaterów reportażu zostały zmienione.
poniedziałek, 22 marca 2010
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Dziennikarka (teraz tv, dawniej radio i prasa), pisząca prozę, ale czasami i poezje. Do poczucia normalności potrzebuje towarzystwa ludzi i zwierząt - szczególnie psów, koni, kotów. Kocha przyrodę, wędrówki i podróże.