Rankiem dom otulała mgła, a teraz przeciągam się z zatłoczonego przedziału pociągu, do promieni słońca. Ale już nie takie one ciepłe, a oślepiająco blade, rzucają coraz głębsze cienie. Szczególnie na południu, w górach, widać te kontrasty. Piękny jest tegoroczny wrzesień. Mija mi podróżami, wrażeniami i bodźcami. Bogato.
Słoneczny i wcale niezbyt wietrzny dzień, przedłuża trzeźwość umysłu z wczoraj.
Pisałam do późna, całkiem nowe, dopiero kiełkujące rzeczy, a powinnam przecież usiąść do notatek przesłanych mi do „... dotyku" przez pana Jana Koźbiela. Tymczasem tłoczy mi się w głowie wiele obrazów. Nie całkiem je znam i rozpoznaję, ale blisko tego, bo zdania zaczynają się układać same. A potem czytam ze zdziwieniem, że to spod moich palcy spłynęły i nadziwić się temu nie mogę.
I przez ten nastrój chyba, zanim zjadłam rankiem lekkie śniadanie, włączyłam ulubiony winyl. Darł się bardziej, niż grał, bo dźwięki musiały przebić mur z myśli, by stać się wystarczająco głośne. Wkręcam się na odpowiednie obroty i inne poziomy, bo muszę to robić za każdym razem, gdy jestem kilka dni w pracy. W piątek materiał o podwrocławskim wywłaszczeniu, nieco odgrzewany po czwartku, jak niemal każdy wymagał dosadności, treści nie wypaczonej zaledwie w trzech minutach przekazu. Trudno potem nagle przestawić się na odbieranie innych częstotliwości. Zbyt wiele spraw poraża oczywistością. Ale to też pomaga zachowywać równowagę. Potrzebna jest dosadność, by móc sobie potem pozwolić na bujanie w obłokach.
Tańczyłam, śpiewając, a psy patrzyły z niemym politowaniem, kot z rozbawieniem chyba nawet.
Mają zwariowaną przyjaciółkę, ale chyba przywykły. Choć wczoraj Tara ewidentnie się na mnie obraziła, gdy wyjęłam z garderoby plecak. Jej wzrok mówił wyraźnie: znowu sobie jedziesz. A potem leżała tyłem do mnie, ignorując mnie długo i celowo, nie chcąc odsunąć się od szuflady, którą chciałam otworzyć. Przyszła do mnie dopiero wieczorem, położyła swój ciężki łeb na kolanach i westchnęła przeciągle. Nie jest wielkim pieszczochem, ale siedziałyśmy tak sobie długą chwilę. Szczęśliwie zwierzaki zostały pod dobrą opieką Oli, którą zamęczać będą: psy piłeczką, a kot łaszeniem się o nadprogramowe jedzenie. Bo, a nóż się uda.
Gdy wrócę, pójdziemy z psuńkami na grzyby. Sezon jesienny czas zacząć.
sobota, 21 listopada 2009

Dziennikarka (teraz tv, dawniej radio i prasa), pisząca prozę, ale czasami i poezje.Do poczucia normalności potrzebuje towarzystwa ludzi i zwierząt - szczególnie psów, koni, kotów. Kocha przyrodę, wędrówki i podróże.